|
Stoczniowcy zawiadomili prokuraturę, że gdzieś wyparowały setki milionów złotych z pomocy publicznej
"Cicho umierać nie będziemy"
Gdańscy stoczniowcy zawiadomili prokuraturę, że pieniądze z pomocy publicznej dla stoczni znikły, chodzi o 700 mln zł. Coś lepkiego, paskudnego od wielu lat dzieje się ze Stocznią Gdańską, która został sprzedana w ubiegłym roku Ukraińcom. Jakieś fatum zaczęło rządzić całym polskim przemysłem stoczniowym, jakby kogoś kłuło w oczy, że ten przemysł ciągle istnieje i w Polsce budowane są ciągle statki, bo przecież Polacy powinni pracować tylko "na zmywaku" w Anglii czy w Niemczech. Po co Polsce stocznie? Stoczniowcy mówią: cicho umierać nie będziemy. Kilka dni temu protestowali w Warszawie, potem pojechali na pikietę do Brukseli. Gdy wsiadali do autobusów, które miały ich zawieźć pod gmach Komisji Europejskiej, "Nasza Polska" rozmawiała z byłym prezesem Stoczni Gdańskiej Andrzejem Jaworskim. Jego zdaniem, stocznie do zguby pcha Stocznię nie Unia i komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes, ale przede wszystkim obecny rząd. - To ten rząd wyliczył i przesłał wyliczenie do Brukseli, że Stocznia Gdańska w ramach pomocy publicznej pobrała 742 mln 876 tys. 870 zł i 75 gr, podczas gdy otrzymali w gotówce i kredycie 36 mln zł, takie są fakty, na to są dokumenty - powiedział Jaworski. O tej zawrotnej sumie, stoczniowcy dowiedzieli się w kwietniu, br. Teraz żądają, żeby każda złotówka, każdy grosz tej rzekomej kilkusetmiliardowej pomocy został rozliczony. Trudno nie wspomnieć, że wówczas, kiedy pracownicy z "kolebki" Solidarności ruszali w drogę w ponurych nastrojach, Lech Wałęsa też był pod Stocznią. Nawet nie zauważał synów tych ludzi, na których grzbietach kilku doradców ciągnęło go do Nobla, na prezydenta i do gdańskiej rezydencji, w której wydaje bankiety, podczas gdy inni stoczniowcy walczą o pracę i chleb. Wałęsa pod Stocznią Gdańską gardłował o rzekomym sfałszowaniu przez esbeków jego haniebnej teczki.
Znikająca nadzieja
Cała nadzieja w ostatnich dniach była w tym, że polskim stoczniom lato będzie sprzyjać i na prywatyzację dwóch stoczni w Gdyni i w Szczecinie oraz udowodnienie rzeczywistej kwoty pomocy publicznej dla Stoczni Gdańskiej będzie czas do września, bo od 18 lipca Komisja Europejska urlopuje. Ta nadzieja prysła. Neelie Kroes dopuściła pod same drzwi gmachu KE stoczniowców z Polski, pozwoliła sobie zrobić z nimi kilka zdjęć, nawet pospacerowała pod rękę, ale pozostała nieugięta. Do 15 lipca stocznie w Gdyni i Szczecinie muszą mieć podpisane umowy prywatyzacyjne. Kropka, koniec na ten temat rozmowy. Skarga stoczniowców gdańskich o tym, że rząd dla ich zakładu pomocy publicznej dał o wiele mniej niż przedstawił, co znaczyło, że rząd kłamie, wywołała zdziwienie, irytację oraz uwagę, że Polacy muszą się dogadać między sobą. Mimo tego stoczniowcy ponownie prosili komisarz o łaskę wydłużenie czasu prywatyzacji ich zakładów, choćby o miesiąc, dwa, ale usłyszeli, że i tak są to doliczone minuty i że sprawą polskich stoczni KE zajmuje się od czterech lat.
Sytuacja jest taka, jaka była przed pikietą: jeśli Stocznia Gdańska nie odda pomocy publicznej otrzymanej po wejściu Polski do Unii Europejskiej z budżetu państwa (to, co działo się wcześniej, KE nie obchodzi) musi ograniczyć swoje moce produkcyjne do końca tego roku. Dokładniej, powinna zamknąć wszystkie swoje trzy pochylnie. To warunek, który równa się zamknięciu zakładu montującego statki, bo nie można zbudować statku, nie posiadając pochylni albo doków, a tych Stocznia Gdańska nie ma, a nawet gdyby miała, też musiałaby je zamknąć.
Dlaczego KE od tylu lat "czepia się" Stoczni Gdańskiej i w ogóle stoczni w Polsce? Oczywiście dlatego, że naciska na Brukselę stoczniowa, unijna konkurencja, żeby KE nie stosowała wobec Polski żadnej taryfy ulgowej. W ostatnich latach branża posiadająca wykwalifikowaną kadrę, która stosuje najnowsze technologie i specjalistyczne konstrukcje, dająca zatrudnienie wielkiej rzeszy ludzi (u nas bezpośrednio w trzech stoczniach: gdańskiej, gdyńskiej i w Szczecinie pracuje 15 tys. osób, jeśliby stocznie padły wraz z zakładami kooperującymi pracę straci 80 tys. ludzi) przynosiła spore zyski. Po co mają się nimi dzielić z Polską, której obecny rząd jest tak wobec Unii i w ogóle "zagranicy" spolegliwy? Zgodnie z prawem unijnym, w momencie, kiedy udzielana jest stoczniom pomoc państwa, muszą być spełnione trzy warunki: powinno dojść do ich prywatyzacji, restrukturyzacji i ograniczenia mocy produkcyjnych.
Inwestor Stoczni Gdańskiej czeka
Stocznię Gdańską w grudniu 2007 r. kupiła spółka Związku Przemysłowego Donbasu (ISD) należąca do Siergieja Tartuty i Witalija Gajduka. Głównym profilem działalności ISD nie jest produkcja statków, ale rur stalowych. Wcześniej przez ISD została właścicielem naszej Huty Częstochowa, producentem blach. Jeden warunek (żeby nie oddawać pomocy publicznej) został spełniony. Nie ograniczono jednak mocy produkcyjnych, działają wszystkie stoczniowe pochylnie, a Bruksela się na to nie zgadza. Wobec czego - Stocznia, zgodnie z regułami unijnymi, ma zwrócić pomoc. Inwestor był przygotowany, że tak będzie. Ale, wyjaśniał nam Jaworski, inwestor nie miał pojęcia o tak wielkiej sumie. Przed prywatyzacją spółka ISD poleciła firmie konsultingowej PricewaterhouseCoopers wykonać due diligence, czyli szczegółowo przebadać zakład. Nowy inwestor odpowiada za to, co w przedsiębiorstwie działo się wcześniej, a jak nie ma o tym pojęcia, sam sobie jest winien, że kupuje kota w worku. W tej chwili inwestor nabrał wody w usta, na razie nic nie mówi.
W najgorszym razie zwrot pomocy publicznej mógł wynosić, według byłego prezesa Stoczni, ok. 180 mln zł, bo narosły odsetki, poza tym, jak się dowiadujemy, kara zwrotu pomocy publicznej może być również naliczana od pomocy planowanej, choć nie pobranej. - Nie rozumiem, jak można kogoś karać za to, że zaplanował sobie, że dostanie więcej pieniędzy i nie wziął zaplanowanej sumy? To przecież absurd - mówił były szef Stoczni. - Gdyby nawet przyjąć, że z absurdami w życiu też trzeba się pogodzić, jak się ma 180 mln zł do owych wyliczonych tak precyzyjnie 742 mln 876 tys. 870 zł i 75 gr? My też przed prywatyzacją zrobiliśmy w Stoczni niezależną analizę, żeby Bruksela nie zażądała zamknięcia jednej albo dwóch pochylni; o tym, że Stocznia ma zamknąć wszystkie pochylnie, nie było mowy.
Kto ukradł pieniądze?
Kwota 36 mln zł pomocy dla Stoczni Gdańskiej została potwierdzona na końcu ub. roku przez Ministerstwo Gospodarki. Potwierdził ją także wiceminister odpowiedzialny za stocznie w poprzednim rządzie Paweł Poncyliusz. Dopiero w lutym 2008 r. po raz pierwszy wypłynęła informacja, że Stocznia powinna zwrócić pomocy o wiele więcej. Ludziom w stoczni otworzyły się oczy, kiedy poseł Maciej Płażyński wystąpił z zapytaniem do ministra gospodarki, jaka właściwie była ta pomoc udzielona Stoczni Gdańskiej? I Waldemar Pawlak co wiedział - odpowiedział. Okazało się, że minister skarbu Aleksander Grad powiadomił Brukselę o pomocy publicznej dla stoczni przekraczającej 740 mln zł. Czy ktoś te miliony ukradł? - denerwują się w Gdańsku.
Komisja Europejska wyjaśniała już wcześniej, że dostaje dokumenty z Polski i przyjmuje do wiadomości: czegóż przed gmachem KE chcieli stoczniowcy? Ratować stocznie? Przecież rząd polski doskonale był poinformowany, jak to zrobić. To nie sprawa Brukseli, ale Warszawy. W Stoczni Gdańskiej uważają, że premier i ministrowie jeżdżą do Brukseli nie po to, żeby przedstawić rzetelne wyjaśnienie pomocy publicznej, ale chcą wynegocjować ograniczenia mocy produkcyjnych w Stoczniach w Gdańsku i Szczecinie. Też ważna sprawa.
Grad tylko szkodził
Minister Grad nic nie robił przez dziewięć miesięcy w sprawie prywatyzacji stoczni w Gdyni i Szczecinie. Mało tego, odwołał zarządy tych spółek, które prowadziły prywatyzacje i zamknął proces. Będąc na tak ważnym stanowisku - nie pomagał stoczniom, ale im szkodził. Teraz planuje połączenie Stoczni Gdańsk ze Stocznią Gdynia, która winna jest zwrotu pomocy publicznej w wysokości ok. 2 mld zł. W rządzie planują ograniczenie mocy produkcyjnych w Gdańsku, - jeśli chodzi o budowę statków - do zera i w ten sposób uratowanie Stoczni Gdynia, gdzie zostałyby czynne dwa doki. Grad zamierza sprzedać większościowy pakiet udziałów Stoczni Grydnia (obecnie 20 proc. pakiet w Stoczni Gdynia posiada izraelski armator Rami Unger) - ukraińskiej ISD, właścicielowi Stoczni Gdańsk, nawet za złotówkę - uwolniłoby to firmę z konieczności zwrotu pomocy publicznej. Pomoc byłaby wtedy legalna. Taka propozycja została przedstawiona KE 26 czerwca przed północą.
- Jeśli w ramach procesu prywatyzacyjnego uda się połączyć Stocznię Gdańsk i Stocznię Gdynia, nie powinno dojść w tych zakładach do masowych zwolnień pracowników - obiecywał w Gdyni minister skarbu Aleksander Grad w czasie, kiedy stoczniowcy palili opony w Warszawie i krzyczeli, że Grad przed nimi uciekł ze stolicy jak szczur, bo wiedział, że tutaj przyjadą. W Gdyni Grad przyznał, że ze stoczniami rząd ma gigantyczny problem: za parę dni Bruksela chciała mieć na stole akceptowalne prognozy restrukturyzacji, plan osiągnięcia zysków i inwestorów z odpowiednimi pieniędzmi, którzy zgodzą się natychmiast kupić Stocznię Gdynia i Stocznię Szczecin.
Wiesława Mazur
-----------------
Stocznie w drodze na szafot
Zaczęła się wielka ruletka, chodzi o upadek albo przeżycie naszego przemysłu stoczniowego. Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zarzucił Platformie Obywatelskiej i premierowi Donaldowi Tuskowi, że "zawalili" sprawę polskich stoczni. Tusk odpowiedział, że rząd pracuje w wariackim tempie, żeby nadrobić kilkuletni marazm. Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, to właśnie z winy rządu Donalda Tuska, stocznie w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie znalazły się dziś w kryzysowej sytuacji. Platforma Obywatelska całkowicie zawaliła tę sprawę i wszystko wskazuje na to - choć to bardzo zła wiadomość i może będzie jeszcze jakiś cud i tak się nie stanie - że stocznie znalazły się naprawdę w bardzo kryzysowej sytuacji. Doprawdy ten rząd mógł wiele zrobić, choćby dlatego, że ma: komfortową sytuację w parlamencie, mediach i według tego co mówi PO - wyśmienite stosunki w Brukseli.
Trudno nie przyznać szefowi PiS racji, że mamy rząd leniuchów, gdyż - jak wspomniał J. Kaczyński, kiedy on był premierem (sprawa stoczni ciągnęła się przed rządem PiS) rozmawiał z szefem Komisji Europejskiej i zdołał uzyskać prolongatę kolejnych terminów restrukturyzacji zakładów. Natomiast minister skarbu Aleksander Grad przespał sprawę, zjawił się w Brukseli dopiero po 8 miesiącach od objęcia rządu przez PO-PSL. Poseł PiS Paweł Poncyliusz, w poprzednim rządzie odpowiedzialny za stocznie, poinformował na konferencji, że to jego rząd doprowadził do prywatyzacji Stoczni Gdańskiej. Jednakże ten rząd nie kontynuował wsparcia dla prywatnego inwestora tej stoczni i mamy efekt taki, że i z tą sprywatyzowaną stocznią może być dramat.
Na konferencji prasowej w sprawie stoczni wystąpił Zbigniew Chlebowski, szef klubu parlamentarnego PO, i stwierdził, że "absolutną odpowiedzialność" za to, co się dzieje, ponosi rząd Jarosława Kaczyńskiego, a sam Kaczyński swoimi wypowiedziami działa na niekorzyść negocjacji z KE (które już się skończyły) i na szkodę państwa. Wspomniał też, że były prezes Stoczni Gdańskiej z ramienia PiS był z wykształcenia etnologiem. Obie konferencje odbyły się kilka godzin przed godziną "zero", kiedy Komisja Europejska miała ostatecznie zdecydować o losie stoczni w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie, odrzucając bądź przyjmując plany restrukturyzacyjne rządu Tuska. Złożone one zostały dosłownie w ostatniej chwili. Poprzednie propozycje sprzed trzech tygodni, również przygotowane b. późno, zostały odrzucone przez Brukselę. Gdyby i tym razem okazała się klapa, stocznie musiałyby oddać pomoc publiczną, ocenianą na około 5 miliardów złotych.
W. Mazur
|
Copyright © 1997-2008
Wydawnictwo Szaniec