|
Wokół ekskomuniki Ewy Kopacz
W związku z przeprowadzeniem aborcji dziecka lubelskiej 14-latki pojawiła się inicjatywa ekskomunikowania minister Ewy Kopacz, która, jako minister zdrowia, wskazała szpital do przeprowadzenia tego zabiegu. Inicjatorzy akcji utrzymują, że w ten sposób minister Ewa Kopacz aktywnie udzieliła pomocy w doprowadzeniu do śmierci tego nie narodzonego jeszcze dziecka, a w takim razie powinna zostać ekskomunikowana z Kościoła katolickiego, który aborcję potępia jako grzech szczególnie ciężki i moralnie odrażający. Wprawdzie nawet najcięższe grzechy mogą być odpuszczone podczas spowiedzi, ale, jak wiadomo, jednym z warunków sakramentu pokuty jest "żal za grzechy". Tymczasem pani min. Ewa Kopacz nie tylko żadnego "żalu" nie okazała, ale z pewną ostentacją publicznie oświadczyła, że w swoim postępowaniu nie widzi niczego złego, zarówno z punktu widzenia praw państwowych, jak i zasad religii katolickiej.
Jeśli idzie o prawa państwowe, niewątpliwie ma rację. Ustawodawstwo polskie takie postępowanie dopuszcza, a na skutek istnienia tak zwanej "publicznej" służby zdrowia, nakłada na urzędników państwowych obowiązek swego rodzaju współdziałania w każdym przypadku dzieciobójstwa. Nie ulega jednak wątpliwości, że w tym przypadku prawo państwowe zasadniczo koliduje z zasadami religii katolickiej, która dzieciobójstwo zdecydowanie potępia, podobnie jak każdy rodzaj podżegania i pomocnictwa w takim czynie. Bardzo trudno w tej sytuacji zrozumieć, dlaczego wielu przedstawicieli duchowieństwa jeszcze niedawno opowiadało się za "kompromisem" - upatrując go właśnie w obowiązującym ustawodawstwie. Tu o żadnym "kompromisie" nie ma mowy; ustawodawstwo państwowe dzieciobójstwo legalizuje, stwarzając w ten sposób wrażenie, że taki czyn nie jest moralnie naganny. Jest charakterystyczne, że w tym przypadku tak zwane "względy pedagogiczne" jakoś umykają uwadze zwolenników "kompromisu" - ot, np. takich, jak JE abp Tadeusz Gocłowski, który w ostatnich dniach położył ogromny nacisk na owe "względy pedagogiczne", które miałyby uzasadniać podtrzymywanie legendy o niepokalanym życiorysie Lecha Wałęsy i nawet nie zawahał się potępić autorów książki o byłym prezydencie. Przyznaję, że taka publiczna pochwała kłamstwa, niechby nawet w postaci "legendy", w ustach katolickiego arcybiskupa trochę zaskakuje, ale z drugiej strony stanowi znakomitą ilustrację trafności spostrzeżenia, że skoro człowiek politykuje, to jego sumienie politykuje także.
Ale mniejsza już o Ekscelencję i jego sumienie. Nie nasza to rzecz, chociaż trudno nie zauważyć, że tego rodzaju manifestacje zamiłowania do "kompromisów" mają również swoje pedagogiczne konsekwencje, kiedyś nazywane archaicznie "publicznym zgorszeniem". Znacznie ważniejsza jest kwestia udziału katolików w aparacie państwa, którego ustawodawstwo zmusza funkcjonariuszy publicznych do udziału w czynach uznawanych przez religię za grzechy wołające o pomstę do nieba. Wprawdzie żaden obywatel nie ma obowiązku obejmowania funkcji publicznych, więc nie mają go również obywatele wyznania katolickiego. Jeśli jednak zasady religii stają w nieusuwalnej sprzeczności z ustawodawstwem państwa, kształtowanym według tak zwanych "standardów europejskich", czyli nakazów quasi-religii wyznawanej przez tak zwaną "lewicę laicką" i narzucanych w ramach swoistej bigoterii laickości, to rodzi się pytanie: czy obywatele wyznania katolickiego powinni w takim państwie obejmować funkcje publiczne? Ewangeliczna pryncypialność i logika nakazywałyby raczej powściągliwość w tym względzie, ale w takim razie jest rzeczą oczywistą, że w państwie rządzonym według "standardów europejskich" katolicy są tak naprawdę grupą dyskryminowaną, ponieważ warunkiem uczestniczenia ich w aparacie państwowym jest przechodzenie do porządku nad nakazami własnej religii. Innymi słowy, w takim państwie katolik może zostać funkcjonariuszem publicznym, tylko jeśli wyrzeknie się własnej religii i przyjmie religię "lewicy laickiej". Przypadek pani minister Ewy Kopacz zdaje się świadczyć o tym bardzo wymownie, nawet jeśli ona sama ze względów oportunistycznych stwarza wrażenie, jakoby żadnego konfliktu tu nie było. Wielokrotnie zwracałem uwagę, że koncepcja tak zwanego "państwa neutralnego światopoglądowo" wcale nie oznacza żadnej "neutralności", tylko próbę rugowania z terenu publicznego światopoglądu chrześcijańskiego, by niepodzielnie zapanowała tam bigoteria laickości. Inicjatywa ekskomunikowania pani minister Ewy Kopacz ma charakter testu na determinację w obronie chrześcijańskiej obecności na terenie publicznym nie tylko w sensie tak zwanego "bogactwa urzędów", ale przede wszystkim - fundamentów systemu prawnego państwa. Ale nie tylko - bo jeśli ekskomunikowani są i to automatycznie ludzie pozostający w tak zwanych "związkach niesakramentalnych", to czyż ostentacyjny współudział w dzieciobójstwie, motywowany względami kariery, nie uzasadnia ekskomuniki jeszcze bardziej?
Stanisław Michalkiewicz
|
Copyright © 1997-2008
Wydawnictwo Szaniec